niedziela, 27 listopada 2011

Advent Advent ein Lichtlein brent...

na początek ukłon w stronę tradycji...


Kiedyś usłyszałam ze aby wyrobić sobie nawyk trzeba/wystarczy coś zrobić 21 razy.... jeśli to prawda to zostało mi jeszcze 8 wybiegów. Inna tez zasłyszana teoria mówi o 100 powtórzeniach.  Póki co biegam/truchtam  by wyrobić sobie nawyk i czerpać z tego tylko przyjemność. Chwilowo nie jest to trudne bo pogoda sprzyja, bo znalazłam trasę wieczorna (do biegania w tygodniu) o długości bazowej ok 4,5 km z możliwością wydłużenia to i biega mi  się lekko i przyjemnie. Zaczęłam od biegania codziennie w pierwszym tygodniu (ok 28 - 30 min), potem przerzuciłam sie na system co drugi dzień (bo trasa chodnikowa niezbyt jest korzystna dla mojego kręgosłupa) ale lepsze to niż nic. Poza tym ponoć organizm potrzebuje tez trochę czasu na regeneracje, choć przy moich obecnych mini czasach to i tak nie ma znaczenia. Weekendy to czas na dłuższe przebieżki ale tylko tyle ile daje rady. Podstawowa zasada jest dla mnie przyjemność z biegania i tego będę się trzymać przynajmniej do wiosny. A potem się zastanowię bo choć w ubiegłym  roku zarzekałam się ze nigdy więcej to jednak pociąga mnie bieg kobiet w czerwcu i półmaraton w październiku. Ale to póki co tajemnica bo jeszcze nawet nie wyrobiłam sobie nawyku biegania wiec o czym tu mówić.  Jeśli jednak się uda to muszę sobie kupić zimowe buty do biegania bo moje nie dość ze już zużyte to jeszcze w wersji letniej  ergo mocno przewiewne a poza tym... jeśli, jeśli mi się uda to nagrodę zafunduje sobie jakaś fajna zabawkę biegowa np. pulsomierz, aplikacja biegowa (jakieś propozycje?), krokomierz czy jakiś inny -mierz. Uzależniona jestem od cyferek - niestety.
Tymczasem idę sobie pobiegać w świetle dnia, moja fajna trasa poprzez miedze poprzez laki...;)


Ps. 44 minuty biegu ciągłego, niestety w kiepskim stylu ale dałam rade

niedziela, 6 listopada 2011

bieganie jako sposób na przetrwanie

no właśnie postanowilam w tym tygodniu że zacznę znowu biegać bo doskwiera mi to moje życie tak bardzo że nie mam siły, mam za to mega wkurw który towarzyszy mi dzielnie od kilku tygodni a bieganie jak wiadomo jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Wczoraj po 3 miesięcznej przerwie przebiegłam 22 minuty bez przerwy  minuta marszu i dalej bieg tak ze w sumie wyszło 30 kilka minut. Myślę że nieźle jak na początek. Spróbuję biegać codziennie, jak przed wakacjami, bo taki rytm jest chyba lepszy dla mnie. Spróbuję i zobaczę co z tego wyjdzie.  Chciałabym żeby mi się udało, żebym znowu mogla poczuć że i jak bardzo bieganie uwalnia.

Zapisałam sie na kurs fotograficzny na którym ponoć mam/y nauczyć się (miedzy innymi) nadawać indywidualne piętno naszym zdjęciom - ciekawe jak można się tego nauczyć w ciągu 6 spotkań?

Korczak powiedział "dzieci dumne miecie marzenia górne miejcie marzenia zawsze coś z tego się spełni". No wiec moje marzenie być może też już niedługo się spełni i będę "rolniczką po godzinach".

Moja aparat od kilku dni "bywa" na Kubie ciekawe jak mu tam beze mnie?


No to idę sobie pobiegać a potem skocze do kina na ten film


czwartek, 3 listopada 2011

Krotka historia herbaty z melisy z trawa cytrynowa...

którą kilka tygodni temu wysłałam do zupełnie mi wtedy nie znanej osoby z Hiszpanii ktora regularnie tu zagladala. Tak to się zaczelo. W zasadzie miał to być tylko ot, nic nie znaczący gest o jakich czyta się tu i ówdzie w blogowym świecie.  Ale jak się okazało nie był bo...w zamian otrzymałam zaproszenie do Hiszpanii, od razu na 10 (dziesięć) dni, a co :). Z jednej strony zakręciło mi się w głowie z wrażenia i emocji i pomyślałam ze takie rzeczy nie zdarzają się codziennie, a na pewno nie przydarza mi się drugi raz... a z drugiej strony jak głosi legenda rodzinna nie należy ufac ludziom, najlepiej siedzieć w domu bo nigdy nic nie wiadomo co to złego, niebezpiecznego może się w tym wielkim złym świecie człowiekowi przydarzyć... Na wszelki wypadek podziękowałam grzecznie i postanowiłam się z tym przespać by nie podejmować pochopnych decyzji. Choć oczywiście decyzja już się podjęła. Ja w  zasadzie nie miałam watpliwosci za to co rusz powiadamiano mnie o mojej domniemanej odwadze, przez tak zwane ogródki   dawano mi do zrozumienia i wiadomości ze jakby co to będą mnie szukać i nie zostawia na pastwę losu....  A Mo i ja gadałyśmy via Skype jak nakręcone, w sumie kilkanaście godzin, i  tak nastał 20  lipca kiedy to w środku nocy wyruszyłam w drogę.  Jak już wysiadłam z samolotu to przez głowę przemknęło mi pytanie-mysl co zrobię jak jednak nie przyjadą po mnie na lotnisko? Jak zwykle pomyślałam ze pomartwię się jak przyjdzie czas i okazało się, ze na szczęście, nie musiałam się martwic bo Mo i Mila czekały na mnie. Zastanawiałam sie jak to będzie jak już staniemy oko w oko ale było od samego początku naturalnie, normalnie*, strasznie fajnie... od początku do końca.  Dwie kobiety które poznały się przypadkiem przez internet, pochodzące z dwóch zupełnie przeciwległych końców Polski  mające przypadkiem tyle wspólnego - naprawdę niesamowite było gdy co jakiś czas, właściwie co chwila któraś z nas zauważała coś co druga w tym momencie konstatowała: to samo pomyślałam /chciałam powiedzieć....



*) po 15 minutach po spotkaniu oko w oko zaproponowano mi poprowadzenie ichniego auta które jest wielkości małego autobusu - dzięki za zaufanie :) - i to był jedyny "nienormalny" element; w życiu nie spotkałam się (dotychczas) z ludźmi którzy ot tak oddają prowadzenie auta nieznanej osobie